Dziś 120. urodziny Stefana Wiecheckiego - "Wiecha"! | targowek.info

Dziś 120. urodziny Stefana Wiecheckiego – „Wiecha”!

Równo 120 lat temu – 10 sierpnia 1896 roku – urodził się słynny „Wiech”, dziennikarz, pisarz i felietonista, któremu Targówek w dużej mierze zawdzięcza swoją (wspaniałą) opinię szemranej dzielnicy.

 

Mamy na Targówku park/skwer Wiecha przy Teatrze Rampa, mamy na Zaciszu ulicę imienia jego bohatera – Teofila Piecyka – ale czy naprawdę wszyscy znamy życie i twórczość pisarza, który rozsławił i zapisał w pamięci potomnych prawobrzeżne dzielnice Warszawy, z Targówkiem na czele?

Stefan Wiechecki urodził się 10.08.1896 roku w Warszawie na Woli. Był synem właściciela sklepu wędliniarskiego i, co ciekawe, przez wiele lat sam też prowadził własny sklep – ze słodyczami, który znajdował się na Pradze przy skrzyżowaniu Inżynierskiej, Stalowej i 11 Listopada, gdzie zresztą przez jakiś czas Wiech też mieszkał.

Jego przygoda ze słowem pisanym zaczęła się w latach międzywojennych, gdy został reporterem sądowym „Kuriera Warszawskiego”, choć wcale nie od razu zaczął pisać o Targówku i Pradze. Pierwsze swoje historyjki czerpał z rozpraw w sądzie grodzkim dla Śródmieścia i były one osadzone głównie w realiach Śródmieścia.

Większe zainteresowanie naszą częścią Warszawy Stefan Wiechecki zaczął wykazywać dopiero po II wojnie światowej. Dlaczego? Po prostu ze starej Warszawy nic nie zostało na lewym brzegu Wisły. Wtedy Wiechecki w poszukiwaniu prawdziwej Warszawy, jej gwary i przedwojennych mieszkańców coraz częściej zapuszczał się na Szmulki i Targówek.

To tu mieszkali główni bohaterowie jego historyjek: Teofil Piecyk, szwagier Piekutoszczak, Walery Wątróbka. To na Targówku toczy się większość sytuacji opisanych w powojennych felietonach Wiecha. Łącznie z tą, gdy mieszkańcy dawnego Targówka zaczynają się przeprowadzać do bloków. Stefan Wiechecki zmarł 26 lipca 1979 roku – czyli niedługo po tym, gdy powstały pierwsze bloki Targówka Mieszkaniowego.

Po „obchodzącym” dziś 120. urodziny Wiechu pozostały nam wspaniałe felietony, opowiadania i powieści, których jednym z głównych bohaterów jest pan Teofil „Teoś” Piecyk, mieszkaniec Targówka. Przeczytajcie jedną z tych historii:

 

wiechna102ZASKÓRNIAK
(felieton Stefana Wiecheckiego napisany ok. 1950 roku, umieszczony w książce pt. „Wiech na 102!”)

– Cóż tam, panie Teosiu, nowego? – zagadnąłem pana Piecyka, spotkawszy go na Marszałkowskiej.
Podał mi rękę, ale nic nie odpowiedział. Szybko się zreflektowawszy, że zadałem irytujące pytanie, wyjaśniłem pośpiesznie:
– Obiecał pan przed dwoma tygodniami, że podzieli się pan ze mną warszawskimi nowinami. Czy nie zechciałby pan zrobić tego teraz?
Pan Teoś milczał w dalszym ciągu, jakby głęboko nad czymś rozmyślając. Lekko zniecierpliwiony, po chwili ponowiłem atak:
– No, dlaczego pan nic nie mówi, obiecanka cacanka, co?
– Zaraz – odpowiedział wreszcie. – Nie widzisz pan, że mam remanent głowy. Jak skończę, zaczniem rozmawiać.
Przywołany do porządku, kroczyłem obok przyjaciela w milczeniu, oczekując, aż skończy inwentarz myśli. Nastąpiło to po dwóch minutach. Pan Teoś odchrząknął i zaczął w ten mniej więcej sposób:
– U nasz na Targówku, jak się ktoś pyta drugiego, co słychać, ten mu odpowiada: „Co słychać? Twoje drętwe mowę!” Toteż nie chcąc być obciętem w ten sposób, pytamy się z urozmaiceniem. Na przykład tak: ,,Co słychać, ile ważysz?” lub coś w tem rodzaju. A teraz, o wiele się rozchodzi o nowiny, mogie ich panu udzielić, ale wstąpmy gdzie na chwileczkie, bo uszy mnie zmarźli. Rzecz jasna bez nadużycia, po jednem większem grypolinie pod bigosik. Ja stawiam.
– Ależ nigdy w świecie, to ja pragnę z panem porozmawiać. Nie chcę zresztą narażać pana na nieporozumienie z małżonką z powodu nie przewidzianych wydatków na grypolin i bigosik.
– Spokojna głowa, żona się nie dowie. Uruchomiem zaskórniaka.
– Nie wiem, kto to taki?
– Nie kto, tylko co. Pan nie wiesz, co to jest zaskórniak? Niemożliwa rzecz!
– Niech ja skonam, niech ja skonam, nie wiem! – zawołałem z niezwykłym zaciekawieniem.
– Zaskórniak to tajny kapitał rezerwowy, o którem żona nic nie wie.
– Dobrze, ale czemu zawdzięcza on swą niezwykłą nazwę?
– Temu zawdzięcza, że za odprutą skórką pugilaresu przebywa i oczekuje na takie właśnie okazje, jak dzisiejsza.
Tu pan Teoś wydobył pokaźny portfel wypełniony dokumentami, uchylił naderwanej podszewki, zanurzył dwa palce i po chwili miał już w ręku, zwinięty w misterny rulonik, różowy banknot.
– To jest właśnie zaskórniak.
Rozwinąwszy tajny dokument i wygładziwszy go w bramie, weszliśmy do baru.
– Co się dotyczy warszawskich nowin, to…kup pan sobie gazetę za dwadzieścia groszy. Redaktorzy też chcą żyć i nie będę jem kawałka chleba odbierał.
– Oczywiście, ale mnie by chodziło o jakieś drobne a zabawne wydarzenia, których prasa nie podaje.
Pan Piecyk pomilczał chwilę, widocznie zaglądał do remanentu.
– O karozeli musiałeś pan słyszeć?
– O jakiej karuzeli?
– No, że na Zielenieckiej w Wesołem Miasteczku odbywali się imieniny. W nocy goście na dużych obrotach poprosili kierownika karozeli, żeby jem pozwolił się troszkie pokręcić. Z miłą chęcią ich zaprowadził, powsiadali na te wiszące na łańcuchach krzesełka, a on sam wszedł do środka i puścił elekstryczną maszynerie w ruch. Na razie świetnie się bawili i krzyczeli do niego:,,Prędzej, Feluś, prędzej! Zasuwaj na dziewiątkie!”. Ale po piętnastu minutach posmutnieli i zaczęli, z przeproszeniem, majaczyć na dół, bo ich zemgliło. Wtenczas dawaj go prosić: ,,Feluś, Feluś, dosyć! Wyłączaj imprezę!” A on nie wyłączał, bo tyż był na bańce i usnął w środku maszyny, A karozela szła. Nieszczęśliwe faceci zdejmowali buty i rzucali niemi w karozele, płakali rzewnymi łzamy, odmawiali modlitwę za konających. A karozela szła. Dopiero o szóstej rano, jak ludzie szli do roboty, obudzili zagazowanego kierownika i zatrzymali imprezę. No, dobra historia?
– Pyszna!
– Tylko szkoda, że to lipa.
– Jak to lipa?!
– Zwyczajna lipa. Karozela na Zielenieckiej dawno już rozmontowana, a poza tem Warszawa nie Kobyłka, w dziesięć minut milicja przerwałaby te całe nocne zabawę i zdjęła wesołych gości.
– Lipa nie lipa, niemniej jednak Warszawa bawi się opowiadaniem tej historii i z obowiązku kronikarskiego możemy ją podać.
– Owszem, podać możem, ale w dziale powieści fantazyjnych, obok opisu podróży na Księżyc i nazad – zakończył wywiad pan Piecyk, zgarniając resztę z zaskórniaka.

 

Stefan Wiechecki "Wiech" podczas przejażdżki po Targówku Fabrycznym w październiku 1960 roku. Zdjęcie zrobił Zbigniew Siemaszko z okazji jubileuszu 30-lecia twórczości Wiecha
Stefan Wiechecki „Wiech” podczas przejażdżki dorożką po Targówku Fabrycznym w październiku 1960 roku. Zdjęcie zrobił Zbigniew Siemaszko z okazji jubileuszu 30-lecia twórczości Wiecha / NAC

4 komentarzy na temat “Dziś 120. urodziny Stefana Wiecheckiego – „Wiecha”!

  • 10 sierpnia 2016 o godz. 09:57

    „Co słychać? Twoje drętwe mowę!” – wspaniałe!! Od dziś, jak ktoś mnie zapyta Co słychać, to tak mu będę odpowiadać :))))

  • 10 sierpnia 2016 o godz. 13:16

    Ładnych kilka lat już mieszkam w Warszawie, ale nie miałem pojęcia (i nawet się nie zastanawiałem) kim jest ten Wiech (od Parku Wiecha). Felieton świetny! Zachęcony zamówiłem w empiku „Wiadomo-stolica!”. Będzie czytane :)

  • 11 sierpnia 2016 o godz. 08:06

    Rzeczywiscie dobra zacheta do przypomnienia tworczosci Wiecha, ja go znalem z tych ciekwaych przeklenstw warszawskich np „a zesz ty bramaputro”;)

  • 12 sierpnia 2016 o godz. 14:24

    wiecej takich wiadomosci,

    mniej tych kebabowych

    PROSZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.